Żołnierze Niezłomni w Domu Parafialnym

Spotkanie z dr Dawidem Golikiem z IPN

W niedzielę 27 lipca w domu parafialnym w Szczawnicy dr Dawid Golik z krakowskiego IPN-u wygłosił referat pt. „Czterech z bunkra. Grupa przetrwania Stanisława Perełki „Dębińskiego” (1952–1955)”. Bardzo interesująco i rzeczowo, bo w oparciu o zabezpieczone przez IPN raporty służb bezpieczeństwa, przedstawił losy czterech niezłomnych spod Przehyby, czyli Józefa Walkosza, Walentego Sajdaka, Józefa Oleksego i Stanisława Perełki. Należeli oni do tej prawie półmilionowej rzeszy Polaków, którzy po wojnie na różne sposoby czynnie sprzeciwiali się sowietyzacji kraju. Nie złożyli broni, bo wierzyli, że wkrótce wybuchnie trzecia wojna światowa, w której jako żołnierze będą walczyć o wolność swojej ojczyzny. Gdy poczuli, że bezpieka depcze im po piętach, uciekli do lasu. Najpierw, w 1949 r., uciekł ze Szczawnicy Józef Walkosz. Początkowo w okolicach Obidzy ukrywał się sam. Pomagał miejscowym rolnikom w pracach polowych i w ten sposób zarabiał na swoje skromne utrzymanie i na dach nad głową. Z czasem przyłączył się do niego Walenty Sajdak i obaj żyli w taki właśnie sposób. Gdy dołączył do nich Józef Oleksy, a później, w 1952 r., jeszcze Stanisław Perełka, dla całej czwórki nie starczyło pracy. Musieli obrać inny styl życia. W lesie Krzemieniny wybudowali sobie bunkier i w nim zamieszkali. Starali się być samowystarczalni: szyli sobie ubrania, robili buty, polowali, wykonywali też drobne prace zarobkowe, np. wyplatali kosze, sporządzali miotły z gałązek (tzw. skrabaczki).

Znamienne było to, że Perełka nadał tej grupie rys ideologiczny, mieli przeprowadzać akcje doskwierające przedstawicielom nowej, ludowej władzy, m. in. sołtysom. Toteż gdy „czterej z bunkra” nie byli w stanie sami się wyżywić, podejmowali akcje aprowizacyjne i zabierali żywność, a czasem niewielkie kwoty pieniędzy, albo ze sklepów państwowych spółdzielni, albo z sołectw. Dopiero pod koniec swojej kilkuletniej działalności czterokrotnie dopuścili się zaboru mienia osób prywatnych: raz były to ziemniaki, raz mąka, raz sery owcze i na koniec owca. Właśnie ta, dokonana w nocy z 7 na 8 lipca 1955 r., ostatnia kradzież ich zgubiła. Właściciel owcy, Feliks Szczepaniak z Obidzy, rano wypatrzył na rozmiękłej ziemi ślady owczych racic i obok nich ludzkich stóp. (Jak się później okazało zostawili je  Perełka i Sajdak.) Trafił za nimi aż do bunkra na Krzemieninach. Znajomych robotników leśnych pracujących w pobliżu wypytał, czy bunkier należy do nich. Dowiedział się, że nie. Wobec tego powiadomił milicję o tym, co zaszło. Sprawa trafiła do Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa w Nowym Sączu i plan działania związany z likwidacją grupy (w ubeckiej terminologii: „bandy”) Perełki opracował mjr Szatniak. Ośmioosobowa grupa, w której skład wchodził on sam, por. Solarski, oficer śledczy Zbigniew Zięciak, maszynistka UB Mielnikowa oraz Teodor Kuchta, Kazimierz Żywioł, Stanisław Nowak i komendant posterunku MO w Łącku mieli udawać turystów zwiedzających okolice lasu Krzemieniny. Ich przewodnikiem został Feliks Szczepaniak, który miał im wskazać bunkier. Obławę od strony Szczawnicy poprowadził znający ten teren  Henryk Jurkowski z Krościenka. Na miejsce dotarli w niedzielę 10 lipca o godz. 7.30. Ubecy otoczyli partyzancką siedzibę, a por. Solarski, tak butny i pewny siebie, że nawet nieuzbrojony, skierował się prosto do bunkra. Został zauważony i jeden z partyzantów, najprawdopodobniej Perełka, wyskoczył na zewnątrz z bronią w ręku. Solarski ostrzegał: „Jesteście otoczeni, nie ruszać się”. Następnie próbował się wycofać, ale partyzant oddał serię strzałów, po czym schronił się do bunkra.  Wtedy po obu stronach rozpętała się strzelanina. Otoczeni próbowali uciekać przez zamaskowany dach. Zobaczywszy ich, ubecy  skierowali na nich ogień. W kierunku bunkra rzucili granat, który eksplodował przed wejściem do mieszkania. Okazało się, że jeden z partyzantów, Józef Walkosz, został zabity. Teraz przez otwór w dachu wrzucono do wnętrza bunkra drugi granat. Wkrótce po jego eksplozji napastnicy weszli do środka i zobaczyli, że drugi partyzant, Stanisław Perełka, również został zabity. Sajdakowi i Oleksemu udało się uciec. Ubecy przeszukali bunkier i znaleźli w nim dużo broni i amunicji. Oprócz tego były tam rzeczy codziennego użytku: naczynia, ubrania, narzędzia stolarskie, ciesielskie, szewskie oraz żywność. Znaleziono również zeszyty zapisane słówkami w języku czeskim i niemieckim. Widać, że partyzanci, tracąc nadzieję na możliwość wybuchu wojny, przygotowywali się do ucieczki za granicę.

Pościg za Oleksym i Sajdakiem nie powiódł się, mimo że jeden z uciekinierów krwawił i zostawiał za sobą ślad. Wielki to był dyshonor dla grupy operacyjnej UB z Nowego Sącza. W piśmie do Naczelnika Wydziału V departamentu III Komitetu do Spraw Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie raportowano, że jest opracowywany plan ujęcia bandytów, który warszawskim zwierzchnikom niebawem zostanie przedstawiony.

I rzeczywiście. Już wkrótce natrafiono na ślad zbiegłych partyzantów. Przyczynił się do tego donosiciel o pseudonimie ”Adam”. Miał on, wykorzystując zaufanie, jakim darzyli go uciekinierzy,  skłonić ich  do podjęcia pracy w Krynicy i zamieszkania we wskazanej przez niego „melinie”(tak ubowcy nazywali kryjówki, mieszkania partyzantów).  Oleksy i Sajdak w nocy z 13 na 14 listopada 1955 opuścili dotychczasową melinę na Obidzy i, wyposażeni w narzędzia potrzebne do pracy w lesie, dotarli do Krynicy. Zgłosili się do „Adama”, który miał ich skierować do pracy w charakterze robotników leśnych. Dzięki jego wstawiennictwu zostali przyjęci do pracy i dostali kwaterę w domu robotniczym. Zanim jednak Oleksy i Sajdak zgłosili się do pracy, wcześniej już znalazł tam zatrudnienie i zamieszkał na tej samej kwaterze agent bezpieki „Rokowski” udający pracownika leśnego. Za pośrednictwem „Adama” leśniczy Bębenek zatrudnił jeszcze trzech nowych pracowników, nie wiedząc o tym, że są oni nasłanymi pracownikami Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Krakowie. Oni również zamieszkali na tej kwaterze co Oleksy i Sajdak.  Po niedługim czasie jeden z agentów wybrał się rzekomo po chleb do Krynicy, a w gruncie rzeczy poszedł tam po to, by skontaktować się z grupą operacyjną mającą się rozprawić z dwoma „bandytami”. Podprowadził funkcjonariuszy na odległość kilometra od domu robotniczego, a w chwilę potem w umówiony sposób dał im znak, że poszukiwani znajdują się w swoim mieszkaniu. Część członków grupy operacyjnej otoczyła budynek, a pozostali w mundurach milicji weszli do mieszkania. Tak zaczęła się wcześniej wyreżyserowana mistyfikacja. Kazali wszystkim podnieść ręce do góry, a jednego z robotników (= swojego agenta) spytali, który to z jego współpracowników posiada broń.  Ten wskazał na „Rokowskiego”.  Dokonano zatem  rewizji osobistej podejrzanego i przeszukania jego rzeczy. W jednym z ubrań znaleziono pistolet, oczywiście dyskretnie podłożony przez jednego z przeszukujących. „Rokowski” – zgodnie ze scenariuszem – wymawiał się, że to nie jego pistolet, a w końcu przyznał się, że go znalazł. Zakuto go więc w kajdanki, a od pozostałych robotników zażądano okazania dokumentów –  w celu spisania ich personaliów, jako świadków zajścia. Sajdak i Oleksy dokumentów nie mieli. Do pracy zgłosili się pod fałszywymi nazwiskami. Sajdak podawał się za Michała Czubę, a Oleksy za Antoniego Stachonia, pochodzących z Ochotnicy.  Celem sprawdzenia tożsamości przewieziono ich do Urzędu Bezpieczeństwa w Nowym Sączu. Tam we wstępnym śledztwie przyznali się do swojej prawdziwej tożsamości i do swojej działalności. Następnie zostali przewiezieni do więzienia Montelupich w Krakowie. Po procesie skazano ich na karę wieloletniego więzienia.

Referat dr Golika wzbudził duże zainteresowanie i żywą dyskusję. Wśród słuchaczy byli krewni dawnych partyzantów: córka Józefa Walkosza, córka Józefa Oleksego i najmłodszy brat Stanisława Perełki. Najbardziej interesowała ich sprawa miejsca pochówku ich bliskich.  Badania pracowników IPN – wyjaśniał doktor Golik –  pozwoliły ustalić, że dwaj polegli pod Przehybą zostali pochowani na cmentarzu komunalnym przy ul. Rejtana w Nowym Sączu, ale dokładnego miejsca ich pochówku na razie ustalić się nie dało. Dlatego warto byłoby pomyśleć o jednym symbolicznym grobie i tablicy upamiętniającej te osoby. Mimo że  tablica upamiętniająca Walkosza i Sajdaka właśnie dopiero co została odsłonięta w lesie Krzemieniny, to jednak znajduje się w miejscu ustronnym, rzadko uczęszczanym i trudno dostępnym. Zebrani z zapałem odnieśli się do pomysłu upamiętnienia poległych jakimś znakiem w samym mieście.

Na zakończenie spotkania uczestnicy wpisywali się do księgi pamiątkowej.

Designed byNet48.pl